Czy kiedyś zastanawialiście się jak to jest naprawdę z naszym życiem, z miłością? Jak wygląda jej prawdziwa postać, skąd wiadomo, że to ten ogień a nie zauroczenie pod wpływem chwili, zapotrzebowania na nią? Może to też jakaś obsesja albo przyzwyczajenie lub wyobrażenie? Czy można kogoś kochać naprawdę kiedy ktoś jest daleko i wie się o nim tylko tyle ile sam nam ujawni i musimy wierzyć, że jest to prawdą, bo przecież ukochana osoba by nas nie okłamała... Lecz jeśli myśmy kiedyś okłamali, oszukali, lub po prostu coś pominęli milczeniem to czy ta druga osoba nie ma prawa tego zrobić? A może właśnie gorzej jest kiedy zna się osobę kilka lat, kiedy myśli się, że wiadomo o niej wszystko a potem człowiek się rozczarowuje? Mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi, a miłość prawdziwa to miłość szczera...
Więc jak to z nią jest? Widzę tyle jej odmian na około mnie ilu ludzi jest na świecie, lecz czy można nazwać to uczucie naprawdę miłością? Wiem wiele pytań stawiam a tak naprawdę to chyba nigdy nikt na nie nie odpowie. Kiedyś kochałam... Leczy czy tak do końca prawdziwie a może po prostu inaczej? Teraz chłodnym okiem patrzę na tamtą siebie, jakby zagubioną, zamkniętą, cichą lecz zarazem przyzwyczajoną do tego. Teraz głośno krzyczeć chcę, tańczyć i śmiać się, bo czuję, że żyję, że robię to co chcę, że ogień nareszcie płonie we mnie. Lecz tamta Ja czasami na wierzch jeszcze chce się wydostać, wywołuje we mnie poczucie winy, mówi, że próbuje obrócić to co było kiedyś w jedno wielkie kłamstwo co właśnie jest nieprawdą. Po prostu siedząc patrząc wstecz zdaję sobie teraz sprawę jak kruchy i łatwy potrafi być człowiek, jak łatwo zamknąć go w jakimś kręgu i narzucić mu swoje zdanie nawet o tym nie wiedząc. Przez lata robiłam to co inni oczekiwali, zapominałam o marzeniach a te które były kształtowałam na podobieństwo innych. Nawet marzenie o pierścionku otrzymanym od ukochanego przekształciłam tak by być zadowoloną. Każdą chwilę jakoś wyolbrzymiałam, upiększałam bo przecież czego więcej może chcieć kobieta oprócz robienia tego czego oczekuje od niej partner...? Niestety z powodu tragedii nauczyłam się czegoś sama o sobie i choć jestem w nowym związku, w którym kształtuję też sama siebie wiem że wtedy to jakieś też było uczucie, które z biegiem czasu i pod wpływem przeżyć mogło się zmieniać kształtować. Ja sama też po tym wszystkim się zmieniłam i zaczęłam odkrywać siebie, musiałam dorosnąć. Lecz amor szybko mnie znów ustrzelił lecz pozostawił też moje serce i mój rozum. Wiem, że nic mnie nie ogranicza a raczej wspiera lecz ja to ja, a ludzie wokół... Mówią, kocham a zarazem nienawidzę bo ona jest z kimś innym, cierpię bo nie chce mnie, musi być moja, musi być mój, nie pozwolę odejść bo przecież kogo znajdzie lepszego niż ja, a zainteresowania po co jej/jemu skoro może mieć mnie...? Ale kochają... Tak mówią, lecz czy naprawdę to jest miłość? Bo czym/kim jest miłość? Może najlepiej zamknijmy oczy i wsłuchajmy się w siebie i poczujmy to ciepło na myśl o kimś bliskim, uśmiechnijmy się i pozwólmy żyć razem lecz też indywidualnie, bo czyż nie najważniejsze jest szczęście ukochanej osoby?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz